26 sierpnia 2016

#MyFirst7Jobs Moich 7 pierwszych prac zarobkowych :-)




Akcja #myfirst7jobs pojawiła się już na kilku blogach, które czytam, za każdym razem ogromnie mnie bawiąc. Chodzi w niej o opowiedzenie o pierwszych 7 pracach w życiu. Choć ostatnimi czasy mój blog jest skierowany na jedną tylko w zasadzie tematykę wnętrz ten wpis sprawił mi dużo frajdy - mam nadzieję, że i Wam sprawi, szczególnie punkt #4 :-) Enjoy!


#1. Hostessa w sklepie ze sprzętem RTV

Moje pierwsze zarobione pieniądze dostałam w liceum - 50 zł za cały dzień pracy wydawało mi się dużą kwotą. Praca pozornie nie brzmiała źle - stałam przy stoisku promocyjnym i informowałam przechodzących o promocji na odkurzacze Philips. Szkoda, że sklep był bardzo mało popularny i "przechodzących" było poniżej 10 osób w ciągu 8 godzin. Myślałam, że umrę z nudów.

#2. Zajmowanie się siostrzenicą (a potem i innymi dziećmi)

Praca u siostry, przez 3 miesiące wakacji tuż po maturze, 3-4 razy w tygodniu po 7 godzin. Praca była świetna, nieźle płatna (dzięki, siostro!), siostrzenica rozkoszna, całkiem grzeczna i do tego spała 3 godziny w ciągu dnia. Ja w tym czasie przygotowywałam się do egzaminów wstępnych na architekturę, czytając "Historię architektury dla wszystkich" Broniewskiego. Swoją drogą, bardzo polecam tę książkę. 

#3. Praca w przetwórni mięsa

HIT. Po drugim roku studiów wraz z moim obecnym mężem, wówczas chłopakiem, i przyjaciółmi wpadliśmy na modny wówczas pomysł zarobkowego wyjazdu do Anglii (do fantastycznego Manchesteru) na wakacje. Marzyłam (!) o pracy kelnerki, ale pomimo świetnej znajomości angielskiego i nienagannej aparycji :) nie udało mi się dostać pracy. Dostałam za to pracę z przetwórni mięsa.

Ach, co to była za praca. Strój roboczy - używane gumiaki, fartuchy, rękawiczki i czepki, oraz godziny pracy - 16 do północy, i lokalizacja na obrzeżach daleko od naszego miejsca zamieszkania - to było nic w porównaniu z zapachem, który tej pracy towarzyszył. Wymiotowałam na szczęście tylko pierwszego dnia, drugiego miałam lekkie nudności, potem było już spoko. Gratisem do pracy, nieźle płatnej, były ogromne ilości mozarelli i wędlin, które mogłam zabierać ze sobą. 

Praca polegała na staniu przy maszynie pakującej wędliny i poprawianiu jej niedokładności. Po powrocie do domu przez kilka miesięcy nie jadłam wędlin, a jeszcze ostatnio wyrzuciłam z kanapkę z wędliną, której zapach przypomniał mi tę pracę.

Tłem pracy było pierwsze samodzielnie wynajęte z chłopakiem mieszkanie i niezależność, którą tam mieliśmy, oraz bliższe poznanie Anglii i tego, jak się w niej żyje (a żyje się dobrze), oraz społeczeństwa ją zamieszkującego. 

#4. Uczenie angielskiego 

Całe studia i jeszcze trochę po studiach dorabiałam ucząc angielskiego dzieci i dorosłych, a także dając z niego korepetycje (lekcje, w przeciwieństwie do korepetycji, wymagają solidnego przygotowania, a także programu nauczania, który stworzyłam). Później przez jakiś czas uczyłam też małe dzieci francuskiego w szkole językowej, śpiewając z nimi francuskie piosenki, zdecydowanie wolałam jednak angielski.

#5. Bycie barmanką w podrzędnym barze w Paryżu

No dobrze, pod Paryżem, ale podczas Erasmusa w Paryżu. Praca, wydawało by się, wymarzona, bo szef i właściciel baru cały dzień dolewał mi do szklanki alkoholu. Czy znacie francuski specjał kir? To Creme de Cassis - likier porzeczkowy - z białym winem. Szef szybko się zorientował że właśnie to mi najbardziej smakuje i właśnie to mi dolewał. Ponieważ lokal był niewielkim barem w niewielkim podparyskim miasteczku, miał bardzo sympatyczną, stałą klientelę. Po kilku dniach znałam już większość odwiedzających. Zrezygnowałam jednak w końcu z pracy, mając dość tego, że nie mogę odmówić ciągłego picia. 

To, czego się w tej pracy nauczyłam, to właśnie robić kir, który uwielbiam do dziś. A więc praca na plus :) 

#6. Opieka nad niepełnosprawnym umysłowo szesnastolatkiem, w Dolinie Loary

Tę pracę wspominam wspaniale, chociaż doświadczenie nie było momentami łatwe. Chłopak, którym się zajmowałam, był bardzo przyjazny i kochany, chociaż z otaczającego go świata rozumiał niewiele. 
Pracowałam u dalekiej rodziny w Dolinie Loary, niedaleko Montrésor (miejscowością z zamkiem będącym własnością rodziny Branickich), mieszkając w przepięknej i cudownie urządzonej kilkudziesięcioletniej posiadłości położonej przy lesie, z niewielką stadniną koni przy niej, i kilkoma psami wytresowanymi do polowań. Przed rozpoczęciem pracy i w wolne dni zwiedzałam więc przepiękne zamki nad Loarą.

#7. Bycie przewodnikiem po Gdańsku, Sopocie i Gdyni oraz Lwi Przewodnik

W czasie studiów ukończyłam kurs przewodnicki (zajęcia 3 razy w tygodniu, razem aż 20 godzin w tygodniu!), zdałam egzaminy i oprowadzałam grupy (choć niezbyt intensywnie) przez kilka lat. Bardzo to lubię do dziś. Szczególnie przyjemnie jest oprowadzać kilkuosobowe emerytów z Zachodu, są sympatyczni, wykształceni i zrelaksowani i bardzo ciekawi Polski i Gdańska, spędzenie kilku godzin na pokazywaniu im Trójmiasta to czysta przyjemność, nie praca.

A z tej pracy wynikła kolejna, czyli wydanie, wraz z siostrą, książki. Tak, wydałyśmy własną książkę - "Lwi Przewodnik po Gdańsku, Sopocie i Gdyni" :-) Książka to przewodnik dla malcuhów po atrakcyjnych dla nich miejscach w Trójmieście, z krótkimi opowiadaniami towarzyszącymi każdemu z miejsc (głównymi bohaterami są dwa lwiątka nawiązujące do herbu Gdańska, Hanza i Amber), oraz wraz z opisami merytorycznymi dla Rodziców.


Chociaż praca w studiu kuchennym w Bielsku-Białej to już pozycja nr #8, uwzględnię ją jednak, bo to moja pierwsza praca w zawodzie (oprócz kilku pojedynczych wnętrz, które projektowałam wcześniej). Nauczyłam się bardzo dużo, oprócz tego, że o kuchniach wiem dzięki niej naprawdę sporo, to uczono mnie pracy z klientami i sprzedaży, co jest bardzo trudne, a ta wiedza okazała ogromnie pomocna. 

Ponieważ musiałam ścierać z ekspozycji ślady rąk odwiedzających wiem też najlepiej, jakie rodzaje materiałów w jaki sposób się brudzą :-) 

Potem pracowałam jeszcze w biurze architektonicznym przy projektach budowlanych, teraz od kilku lat prowadzę swoją firmę, ale jestem pewna, że każda z powyższych prac , nawet ta z mięsem, przyczyniła się do tego, w jaki sposób to robię :-) 

podpis Katarzyna Antonczyk

3 komentarze:

  1. Fajny artykuł:) Moją pierwszą pracą były zbiory owoców sezonowych - truskawek. Nie było lekko ale dało się zarobić, później "praca" jako niania syna brata - zdobyłam wtedy najważniejsze doświadczenie bo to przygotowało mnie do zostania matką:) Już wiedziałam czego się spodziewać:) No a teraz jestem na etapie zakładania własnej firmy....zobaczymy co z tego wyniknie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Własna firma to wyzwanie, sporo już o tym wiem. Więc trzymam kciuki, powodzenia!

      Usuń

Dziękuję za Twój komentarz :-)
Bardzo proszę o nielinkowanie do sklepów i stron firmowych.

ANKIETA

Spotkanie blogerów w Łodzi

Blogi o wnętrzach